Rozdział 1
Rozmyślam o dniu od którego wszystko się zaczęło. To chyba dlatego potrafię patrzeć na to wszystko bez żadnych emocji. Kąciki ust wykrzywiają mi się w grymasie. Mam ochotę się śmiać. Karma to suka. Stoję nad grobem matki gdzie ją właśnie pochowano. Powód zgonu? Przedawkowanie. Nie dziwię się temu. Wiedziałam ,że tak skończy a jednak moją pierwszą reakcją był szok. To był bardziej ten szok rodzaju: Wow długo wytrzymała.
Po kilkunastu latach codziennego ćpania trzymała się
lepiej niż myślałam. Nie widziałam jej odkąd skończyłam osiemnaście lat. W tym
roku kończę dwadzieścia jeden. Odkąd stałam się dorosła, jakby to słowo
cokolwiek wyjaśniało, wyprowadziłam się na odległy koniec kraju, nie chcąc mieć
z nią nic wspólnego. Spakowałam plecak, bez pozwolenia wzięłam jej auto i od
tak, zniknęłam z jej życia. Żadnych telefonów ani listów przekonało mnie, że
miała mnie tak samo w dupie, jak ja ją. Dostałam najlepsze stypendium przez mój
talent w biegach a tym zafundowałam sobie bilet do wolności. Jestem dobra w
sporcie. Bieganie daje mi wolność o którą walczę od dziecka. Chętnie puściłabym
się teraz biegiem z dala od tego żałosnego pogrzebu. Teraz to już faktycznie
parskam śmiechem. Szybko zakrywam usta ręką ale i tak wiem, że nikogo tutaj nie
ma. Odrazu zalewa mnie poczucie winy jednak szybko przemawiam sobie do
rozsądku. Nie ja tu jestem winna tym kim jestem. Mało czuje a z pewnością nie
mam żadnych uczuć do osoby która mnie spłodziła. Może kiedyś tak, ale zmieniło
się to nieodwracalnie tamtego dnia kiedy straciłam cząstkę siebie. Nie jestem
pewna dokładnego momentu kiedy to nastąpiło. Mam wrażenie, że stawało się to
każdego dnia. Małymi kroczkami umierałam w środku. W końcu nastała nicość.
Jestem pusta w środku jak i na zewnątrz. Nie zostało we mnie nic dobrego. Kręcę
głową ze smutkiem i wypuszczam z siebie westchnienie. Ostatni raz patrzę na
grób i mówię na głos:
-Żegnaj Alano, mam nadzieje że żyjesz w gorszym piekle
jaki miałaś na ziemi. - Odwracam się i idę przed siebie do jej starego auta, a
raczej już mojego – brzydkiej zielonej hondy. Tylko to mi po niej zostało,
kawałek złomu. Wystawiam głowę w stronę słońca. Promienie grudniowskiego słońca
działają na mnie jak balsam. Tutaj w San Diego, słońce świeci przez cały rok.
Nie było mnie tu od trzech lat i nawet nie zdawałam sobie sprawy jak mi tego
brakowało. Rześkiego powietrza, plam a nawet wszędzie obsranych chodników przez
mewy. Wyprowadziłam się do Bostonu, na przeciwny koniec kraju, gdzie słońce
praży zaledwie tylko w wakacje. Cokolwiek tutaj za sobą zostawiłam, zniknęło na
zawsze. W końcu tu nigdy nie czułam się jak w domu. Skąd ta tęsknota? Idę
twardo przed siebie, ignorując nawoływania swojego imienia.
-Melanie! Poczekaj! – dostaję gęsiej skórki na dźwięk jej
głosu. Chyba nawet przyśpieszam kroku tylko po to, by uniknąć jedynej osoby
która wie w jakim gównie razem z matką się obracałyśmy. Nie mam ochoty się z
nikim widzieć a w szczególności nie z moją matką chrzestną, która tak się
składna jest, a raczej była, najlepszą przyjaciółką Alany. Czuję jak łapię mnie
za rękę i szarpię bym się zatrzymała. Gdyby była kimś innym, już by dostała
pięścią w brzuch, albo gorzej: w kroczę. Najszybiej jak potrafię wyrywam swoje
ramię z jej uścisku. Sarah przez moment traci równowagę i mam wrażenie, że
zaraz spadnie. W ostatniej chwili łapię równowagę i łypię na mnie zła. Znowu
mam ochotę się śmiać. Nie zdarzyło mi się tyle uśmiechać jak przez ostatnie
dwadzieściacztery godzinny. Jestem w szoku.
- Melanie, kochanie, tak mi przykro. – jej oczy zachodzą
łzami.
- Nie rób tego.
- Czego? Pokazuje jak mi przykro bo straciłam ważną mi
osobę? To była twoja mama Mel. Masz prawo po niej płakać. – parskam śmiechem na
jej uwagę przez co patrzy na mnie jakbym miała pięć lat i znowu coś
przeskrobała – Nie było Cię od trzech lat i to wszystko co od Ciebie dostanie?
Kiedy stałaś się taka oschła? – ponieważ uwielbiam dramat, teatralnie postukuję
palcem w brodę, udając zastanowienie.
-Pomyślmy, może w momencie kiedy matka zaczęła brać i
zdradziła mojego tatę kiedy miałam zaledwię dwa lata? A może był to momencie
kiedy pierwszy raz się naćpała i zniknęła na tydzień zostawiając mnie samą? Nie,
czekaj cholera wiem! To napewno był moment kiedy kazała mi przespać się z
jakimś chujem żeby przydzielił jej działkę. – mówię to cichym lecz stanowczym
głosem. Wypowiadam te słowa jakbym czytała wierszyk w szkole: płynnie i bez
jąkania. Jestem z siebie cholernie dumna. Mogłabym jej to wszystko wykrzyczeć i
dać się ponieść emocją ale tak naprawdę gówno mnie to obchodzi. Nie czuję
złości na Sarah. Jest jedynie pionkiem, osobą która przekazała mi wieści o jej
śmierci i sprawiła bym umarła po raz drugi. Nie jest mi jej żal, uważam jej
żałobę za kolejną gierkę. Po jej minie wiem, że to co powiedziałam nie jest
żadną nowiną.
- Melanie! Język na miłość boską. – mlaska językiem z
niesmakiem.
- Myślę, że w tym przypadku to raczej dzieło szatana.
Jeśli mam dać Ci dobrą radę: im szybciej o niej zapomnisz, tym mniej będziesz
żyła w gównie zwanym życiem.
- Wyglądasz tak krucho skarbie, jadasz coś na tym uniwerku?
- Przestań udawać, że cię obchodzę. –
Sarah robi oczy szczeniaka. Myśli, że mnie tym udobrucha. Nauczyła się tego od
Alany.
- Jestem twoją matką chrzestną. Oczywiścię, że się martwię.
- Serio? To gdzie byłaś przez ostatnie trzy lata?
- Nie powiedziałaś nikomu dokąd się wybierasz i ...
- Szkoła miała wszystkie moje dane. Wystarczyło zapytać. – nie daje jej
skończyć. Sarah próbuję coś powiedzieć ale przez jej jąkanie nie rozumiem słów.
Podnoszę rękę by przestała ględzić. Chyba dostanę bólu głowy.
- Przestań! Ty i ona straciłyście prawo do opieki nade mną w momencie kiedy
skończyłam osiemnaście lat.
- Kochanie, może dasz mi swój numer? Mogłabym czasami zadzwonić..
- Wiedziałaś na co ona pozwalała, co noc przez pare pierdolonych lat. –
przerywam jej w pół zdania. Wie, że to nie pytanie. Jej gałki oczne robią się
ogromne, wielkości piłeczki do ping-ponga. Jej wzrok skupia się na wszystkim
oprócz mnie. Widzę jak wykrzywia sobie ręce i mam nadzieję, że sprawia sobie
ból. Taki jaki ja czuję.
- Melanie ...
- Wiedziałaś! – wykrzykuję jej w twarz. Cholera. Samokontrola to nowy punkt na
mojej liście do zrobienia w nowy rok. – Po prostu daj mi spokój. Nie masz prawa
nazywać się matką chrzestną. Gdybyś nią była, to wszystko – zataczam ręką
kółko. – Miałoby większy sens i mniej ran. A teraz? Teraz to już nie ma sensu.
Na odchodnym udało
mi się puścić jej oczko. Nie patrząc się za siebie, odwróciłam się w kierunku
do którego zmierzałam. Jadąc na lotnisko po raz setny zastawiam się jak to jest
umrzeć. Czy na skrawku śmierci czeka na Ciebie ktoś z wyciągniętą ręką i
zachęca Cię by przejść przez próg? Chce wierzyć że taka osoba istnieje. Ktoś
kto umarł przed tobą i na ciebie czeka. Ktoś kto Ci pomoże poradzić sobie z
nową sytuacją. Będzie twoim stróżem, kompanem, przyjacielem, może nawet
kochankiem. Po prostu świadomość, że nie będziesz sam i odejście stanie się
ciutkę łatwiejsze. Wiem ,że na mnie nikt by nie czekał. Wiem ,że na Alane też
nikt nie czekał. Z drugiej strony chcę wierzyć ,że jednak jest ktoś na ziemi.
Ktoś kto ciągnie Cię z powrotem i krzyczy:
- Ani mi się waż mnie zostawiać! Słyszysz?! Wróć! - i w magiczny sposób znajdujesz siłę by wykraść się od
szponów śmierci. A nawet to nigdy nie będzie mi dane w życiu. Wzdycham po raz
kolejny. Według mojej terapeutki za dużo myślę o śmierci. Dobrze ,że nigdy nie
mówię jej o moich najgłębszych myślach. Spycham je na same dno nawet przed sobą.
Przerażają mnie.
Dojeżdżam na lotnisko w przeciągu dwóch godzin. Przy
lotnisku znajduje się dealer aut. Jestem gotowa na ostatni krok by pozbyć się
przeszłości. Nie tracąc czasu wchodzę do środka, chcąc obchnąć te kupę złomu
przecież każdy grosz się przyda.
Po sześciu godzinach lotu w końcu wychodzę na rześkie
powietrze w stanie Massachusetts. Mamy koniec grudnia co oznacza, że nowy
semestr zacznie się za mniej niż tydzień. Czuje mgiełkę podekscytowania. Drugi
rocznik zaczyna w tym semestrze praktyki. Jestem ciekawa nowych doświadczeń.
Moja specjalizacja to pedagogika resocjalizacyjna z profilaktyką i terapią
uzależnień. Ironia losu prawda? Jakbym sama prosiła się o więcej spędzania
czasu z kimś takim jak Alana. Jednak w głębi duszy wierze, gdybym była trochę
starsza, może inaczej by się to wszystko skończyło. Mogłabym jej pomóc. Pomóc
sobie. Żyje w przekonaniu, iż każdy ma jakiś wybór. Jednak jedni wybierają
gorzej od pozostałych. Analizuje każdą cząstkę naszego życia. Wymyślam różne
scenariusze. Jedne gorsze od drugich. Co sprowadziło ją na taką ścieżkę życia?
Z bólem serca uświadamiam sobie ,że jeszcze dotąd nie znalazłam żadnego
rozwiązania w którym byśmy były szczęśliwe. Teraz gdy Alany nie ma, zdaje sobie
sprawę, że ona nigdy nie zaznała szczęścia. Nie jest mi z tego powodu aż tak
przykro. Smucę się bardziej, ponieważ zabrała moje własne szczęście do grobu
razem z nią. Czuje niepowtarzalną pustkę w środku. Mój smutek przemija tak
szybko jak się pojawił. Wszystkie te emocje spycham i porządkuje w szafkach z
etykietą: NIE OTWIERAĆ!
Uważam, że była słaba. Jaka matka pozwoliłaby na takie
życia dla własnego dziecka? Czy jej rodzice nigdy nie dali jej miłości,
poczucia bezpieczeństwa? Jeśli tak, dlaczego nie podarowała mi tego samego? Z
czasem kiedy stawałam się starsza, rozumiałam więcej, zadawałam sobie pytania,
milion pytań. Nigdy nie odważyłam się ich zadać. A teraz jest za późno. Zostanę
z nimi do mojej zasranej śmierci. A nawet potem. Obiecuje sobie, że będę
lepszym człowiekiem. Będę siać dobro, pomagać potrzebującym, wyrosnę na
porządnego człowieka. Sama, bez niczyjej pomocy. Zawdzięczam sobie wszystko co
mam. Dlatego nie spotkam Alany
nawet po śmierci, ponieważ piekło nie przyjmuje dobrych ludzi.
Czuje jak całe moje ciało napina się by wyrzucić z siebie
frustracje, cały ból jaki w sobie noszę. Mam ochotę zwinąć się w kłębek i
krzyczeć aż zabraknie mi oddechu, aż płuca będą błagać o powietrze. Chce poczuć
fizyczny ból, odwrócić ten głośniejszy który siedzi w mojej głowie. Zaciska
swoje szpony mocniej. Zabiera coraz więcej mojego jestestwa. Tymczasem nie
uraniam żadnej łzy, biorę wdech który bardziej zaciska mi gardło niż wyzwala i
ruszam przed siebie na autobus.
*
Jest sobota. Nazajutrz zaczynają się pierwsze lekcje.
Nowy rok spędziłam na czytaniu świetnej książki, z różnymi przekąskami oraz w
pustym pokoju. Czego można chcieć więcej? Tego ranka do pokoju wpadają
promienie słońca, co oznacza mroźny, za to słoneczny dzień. Postanawiam zrobić
poranny jogging. Zrzucam piżamę i staje przed dużym lustrem. Moje pierwsze
postanowienie noworoczne to patrzeć częściej w lustro. Łatwizna prawda?
Przecież każda laska ogląda się w lustrze choćby ze sto razy dziennie. Wiecie,
na przykład jak idziesz wzdłuż sklepów z witrynami i widzisz swoje odbicie? Mimowolnie
się obczajasz. Witryna po witrynie. Chyba nawet nie wiesz po co, jednak wciąż
to robisz.
Otóż nie ja. Bo to
co widzę mi się nie podoba. Gdybym miała inne dzieciństwo uznałabym się
za ładną sztukę. Jestem dość wysoka, meter siedemdziesiąt. Grube blond włosy,
protse jak drut opadają mi do połowy ramion, nie tak długie jak kiedyś. Nigdy ich nie rozpuszczam. Zawsze upinam je w
kucyka lub jakąś inną fryzurę. Nigdy rozpuszczonę. To moja zasada numer jeden.
Moje ciało jest zgrabne. To przez ciągłe bieganie oraz niewielką ilość
jedzenia. Nikt nie wie ,że jestem aż tak szczupła. Ludzie zadawaliby
nieproszone pytania. Co doprowadza do niezręcznych odpowiedzi lub kłamania,
czego staram się unikać. Jak już mówiłam, chce trafić na górę. Im mniej ciała
tym mniej do kochania, racja? Dlatego zawsze ubieram na siebie workowate
ciuchy. Chyba nie mam w szafie nic co by przylegało do mojego ciała. Zielone
oczy spoglądają na mnie z obrzydzeniem. Widzę w nich pustkę. Żadnego błysku.
Przypominają mi ją. Tak samo żałosną. Ponieważ nie mogę znieść widoku samej
siebie zarzucam na lustro ręcznik. Palcami próbuję zmierzyć obwód ramienia,
powyżej łokcia. Z żalem stwierdzam, że moje palce się nie stykają. To moje
drugie postanowienie. Przestać się forsować, pokochać swoje ciało, bla, bla.
Myślicie, że to moje postanowienia?
Ellen je na mnie wymusiła. Robię to tylko by się przekonać jak na mnie
wpływają.
A – nie wpływają.
B- będę wiedziała jaki kit jej wcisnąć. Gdy tylko postanowie się do niej wybrać.
Odkładam to od wieków.
Nagle drzwi mojego pokoju otwierają się z takim hukiem,
aż uderzają o ścianę. Dziwię się, że nie zostawiły żadnej dziury. Do pokoju wchodzi dziewczyna z kartonami w
rękach, a za nią jakiś chłopak. Jej męska podobizna. Stoję tak jak jakiś słup na środku pokoju, niewiedząc co się
dzieje. Jeszcze mnie nie zauważyli. Nie miałam mieć współlokatorki tak
wcześnie! Dopiero za jakieś dwa tygodnie. Dziewczyna rzuca karton na ziemie i
wtedy mnie zauważa. To mnie zmusza do działania. Przecież stoję tu nago! Otrząsam
się z szoku, w między czasie rzucając się na ręcznik który przed chwilą
zarzuciłam na lustro. Zdaje sobie sprawę ,że nie byłam dość szybka. Widzę jak
oczy chłopaka zatrzymują się na moich piersiach. Wydaje z siebie coś podobnego
do warknięcia. Chłopak odrazu patrzy mi w oczy ale nie wydaje się zażenowany
tak jak ja. Uśmiecha się delikatnie po czym mówi:
-Jeśli mieszkasz z moją siostrą mam nadzieje odwiedzać
was częściej. Oczywiście w stroju Ewy.- przechodzi dalej do pokoju i
kładzie drugi karton na pustym łożku. Podpiera się rękoma i patrzy na mnie.
Czuję jak na moje policzki wylewa się rumieniec. Nadal stoję tak z otwartą
buzią. Pewnie wyglądam jak ryba, próbując rzucić ripostę. Jego siostra wydaje z
siebie odgłos oburzenia.
-Co ty wyrabiasz Marco? Nie widzisz, że dziewczyna jest
skrępowana? Wynocha! Nie gap się tak ty świnio! - bierze go za rękę i wypycha z
pokoju. Patrzy na mnie przepraszająco. Wylewa się z tej potok słów:
- Przepraszam Cie. Mój brat czasem nie ma manier i myśli
kroczem. Wybacz ,że tak znienacka się zjawiam. W ostatniej chwili ktoś od
administracji do mnie
zadzwonił. Ten pokój się zwolnił i mogłam zacząć ten semestr od stycznia
zamiast czekać do wakacyjnych. - wzrusza ramionami i podaje mi rękę. - Nazywam się Mara. Miło mi Cię poznać. – nadal tylko się
na nią gapie. Przetwarzam nowe informacje. Mara nie jest dziewczyną która miała
się tu wprowadzić za dwa tygodnie. Tamta nazywała się Ashley i miało jej tu
prawie nie być. Co było mi na rękę. Studiowała medycynę. Nadal nie wykonałam żadnego
ruchu. Marze gaśnie uśmiech i cofa rękę. Uświadamiam sobie swoje zachowanie.
Mimo, że nie lubię ludzi, nie potrafię być chamska na widok jej przyjacielskich
oczu. Nie chce jej dotykać ale również nie chce wychodzić na zołze.
-Jestem trochę w szoku. Nie planowałam paradować nago
przed nieznajomymi. Cześć, jestem Melanie. - mocno ściskam ręcznik. Daje jej do
zrozumienia dlaczego nie odwzajemniam uścisku. - Wyjdę na chwilę się przebrać.
Będzie nam się łatwiej rozmawiało. - uśmiecham się słabo. Wychodzi to sztucznie. Szybko zabieram ciuchy do biegania i wychodzę
na korytarz w stronę łazienek. W ostatniej chwili unikam spotkania z Marco który idzie w moją
stronę. Na moje szczęście niesie drugi karton przez co mnie
nie zauważa. Bezpieczna w kabinie prysznicowej wydaje z siebie jęk zażenowania
i złości.
- Dupek! – krzyczę
w łazience. Powinien zasłonić oczy! Nie spodobał mi się jego uśmieszek.
Przypomina mi o przeszłości. O czymś co chce głęboko zakopać i nigdy do tego
nie wracać. Odczuwam nadchodzącą panikę. Pojawia się gęsia skórka. Czuje
obrzydliwy odór moczu oraz stęchlizny. Wiem że to tylko moja wyobraźnia. Widzę
wszystkie straszne rzeczy przed sobą. Krew, wszędzie pełno krwi. Ból głowy.
Staram się nabrać powietrza ale mi się nie udaje. Czuje jak panika zżera mnie
od środka. Demony w mojej głowie zacisnęły niewidzialne szpony wokół mojej
szyi. Nie zgadzają się zostawić mnie samej. Mam wrażenie jakbym znajdowała się
we śnie. To wszystko jest tak realne jakbym już to przeżyła. Te wspomnienia są
inne. Gorsze. Nie wiem na co patrzę, wszystko jest zlane w jedność. W swojej
głowie szukam czegość, co zakopałam dawno w jej głębościach. Chce się wydostać
ale na to nie pozwalam. Nie mogę. Przestańcie! Ta panika jest spowodowana
wzorkiem obcego mężczyzny. Już nie raz mi się to zdarzyło. Mam na myśli obleśne
spojrzenia. To nigdy nie doprowadza mnie do takiego stanu. Przecież nikt nie
może zobaczyć mojego ciała pod spodem warstw ciuchów. Jednak tym razem jest
inaczej. On widział mnie nagą. Mam wrażenie, jakby wykrył wszystkie moje blizny
i skażenia. Nie mogę sobie wyobrazić jakbym kiedykolwiek mogła zbliżyć się
fizycznie do kogokolwiek. Siadam na kafelkach i wkładam głowę pomiędzy kolana.
Zaczynam liczyć. Wymieniam w głowie swoje plany na przyszłość. Myślę o bieganiu
oraz muzyce. Głównie o graniu na pianinie. Spędzam w tej pozycji pare minut.
Zbyt długo. Pozwalam swoim demonom przejąć nad sobą kontrole. Wszystko w głowie
każe mi zadać sobie ból. Poczuć coś więcej. Oderwać swoje myśli od tego!
Błagam, niech to wszystko już się skończy! Jestem taka zmęczona. Mija wieczność
zanim udaje mi się otrząsąć ze
wspomnień. Powoli zaczynam oddychać swobodniej. Jest mi łatwiej. Zamykam
oczy. Wpuścić powietrze przez nos, wypuścić przez usta. I od nowa. Dodaje sobie motywacji na głos:
- Jeszcze jeden oddech, ostatni oddech, oddech życia. -
daje sobie ostatnią minutę na panikę po czym powoli wstaje. Biorę szybki
prysznic, nakładam na siebie ciuchy i wychodzę z kabiny. Znowu patrzę w lustro
i się krzywię. Wyglądam jak wariatka. To nie komplement, więc dlaczego drgają
mi kąciki ust? Postanawiam dodatkowo ochlapać sobie twarz wodą. Trochę szczypie
policzki by nabrały koloru. Patrzę na sobie ostatni raz. Tyle musi wystarczyć.
Powoli wracam do pokoju. Opada ze mnie zdenerwowanie kiedy w pokoju widzę tylko
Marę, uśmiecha się do mnie bardzo szczerze. Nie mam ochoty na poznawanie jej.
Wydaje się wesołą osobą a to ostatnie czego mi teraz trzeba. Zanim coś powie
zbieram swoje słuchawki oraz telefon. Usprawiedliwiam się treningiem i wylatuje
z pokoju jakby się za mną paliło.
Komentarze
Prześlij komentarz